Koncertowi czasouprzykrzacze

Uwielbiam koncerty, kocham Muńka i T.Love, nienawidzę ludzi, którzy tam przychodzą. Oczywiście nie wszystkich, ale jest kilka typów dziwaków, w stosunku do których chciałabym się zachować, jak Peja na pamiętnym koncercie. Kto to taki? Zakochane parki. O tak. Wredne bestie. Wszyscy skaczą, wszyscy śpiewają, a oni non stop przyklejeni do siebie, taka kupa kompostu i stoją przede mną. Jeszcze zwykle pod samą sceną, bo przyszli rano i tak się  sobą cieszą od kilku godzin. Świat im nie przeszkadza. Koncertu nawet nie zauważyli.

Chociaż parka i tak jest lepsza od tabletowego kamerzysty. Kiedy jakiś matoł wyjdzie z telefonem i wali zdjęcia z flashem, otwiera się nóż w kieszeni, ale te dziwadła, które wylatują z tabletami, już po prostu trzeba wysyłać na leczenie. Gdybym miał pistolet, pewnie bym zastrzelił.

Inna akcja to palacze. Nieważne czego. Ostatni koncert Muńka z ekipą był pod chmurką, ale jak jest coś klubie, to po prostu można umrzeć. Rzeka ludzi, tłok, pot, mało powietrza, a oni sobie popalają. Nie chodzi mi o samo palenie, ale w takiej sytuacji mogliby naprawdę wytrzymać jeszcze z godzinkę. Nałóg to nałóg, ale proszę was…

Najmniej pretensji mam chyba do wielkoludów, ale oni też mogliby być trochę bardziej empatyczny. Stoi ci taki dwumetrowy ABS przed samą sceną i widzisz co najwyżej światła z jej szczytu. Super.

Moją osobistą największą zmorą są podrywacze. No po prostu katastrofa. I nie robi większej różnicy, czy to podrywają moje znajome, czy jakąś laskę przede mną. Wychodzi na jedno, bo jakiś chłopaczek bredzi słodkie słówka przez cały koncert, a ty tego musisz słuchać. „Spadaj…” mówisz głośno albo w myślach zależnie od tego, do kogo on kieruje te słowa. Aż czasami chcesz takiemu dać stówkę, żeby miał na lalunię i się odwalił.

Podobnym problemem są „przyjaciele z pracy”, którzy na koncert przyszli chyba przypadkiem. Szczebiotanie przez cały koncert i może nie jest to aż tak irytujące, jak głupkowaty podryw, ale też przeszkadza.

Na sam koniec zostawiłem sobie tych, którzy potrafią spowodować największe zniszczenia. Są to uwolnione z klatek dzieci nauczycieli. Oczywiście dorosłe dzieci. Całe życie byli pod bacznym nadzorem swoich rodziców. Pilnowali ich na każdym kroku, nie dawali ani odrobinki wolności, a potem nagle dzieciaki wyfrunęły w dorosłość, często dopiero po zdobyciu tytułu magistra. I co? I nadrabiają stracony czas. +100% szaleństwa, +100% entuzjazmu, +100% męczącej głupoty i przesady.